Norwid Chrześcijanin

Jezu Ufamy Tobie

 Ostatnia z bajek 


 

 

 

WĘDROWNY  SZTUKMISTRZ

Tak Zenon Przesmycki (Miriam) nazwał poemat Norwida;  znaleziony  przez Jana Czubka wśród spuścizny po Lenartowiczu, ofiarowanej w 1912 roku  (Ignacy Chrzanowski)  do zbiorów Biblioteki Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, gdzieś tam pewnie jeszcze tkwi w rękopisie.

 SZTUKMISTRZ  dla Norwida to mistrzowski twórca (łac. Artifex), mistrz formy i techniki artystycznej

 ale też - a może szczególnie - twórca poszukujący PRAWDY.

 "Autor idzie w ciemność, by wydarł jej światło" i "trzeba być duchem, pokorą i pracą, i siłą, i nicością  trudem nie lada co " (Rzecz o wolności słowa XI) gdyż "Sztuka jest kościołem pracy. ... Ważniejsze to od wielu filantropicznych formuł". (Z pamiętnika).

Pisał Norwid, nie bez ironii, że "człowiek jest tak dalece wolny w osobistości swojej, iż może nawet nie widzieć, gdy patrzy", ale gdy widzi, kiedy patrzy to "gdziekolwiek człowiek stoi, o wielokroć więcej  niebios ogląda, niżeli ziemi..." (Niebo i ziemia  Vade-mecum)

"Trzeba, abyśmy mieli przed oczyma ten zarys pierwotnego stanu człowieka, gdy wrócimy raz jeszcze do pierwszego rozdziału Księgi Rodzaju, gdzie jest mowa o tym, że Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje i powiedział: 'Czyńcie sobie ziemię poddaną.' ... Bóg temu człowiekowi, jego człowieczeństwu, dał cały stworzony świat widzialny i równocześnie mu go zadał." (Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość)

Spróbujmy zatem na ten "dany i zadany" świat patrzeć oczami Sztukmistrza z Norwidowskim zachwytem:

BOŻE !  -  wiecznych praw Artysto,

Jak u Ciebie rządnie,

Nadzmysłowie-oczywisto,

Serdeczno rozsądnie!

 

 

_________________________________________________________________________________

 

Cyprian Kamil Norwid

 

WĘDROWNY  SZTUKMISTRZ

 

 

Wędrowny Sztukmistrz szedł sobie po świecie

I witał kwiatki, co przy drogach rosną,

I witał pracą zatrudnione kmiecie,

Dzieci, co idą w las cieszyć się wiosną,

Strażniki w bramach miejskie - ludzie różne

Tu, tam siedzące w oknach i podróżne.

 

A skoro wyszedł za rodzinną bramę,

Młody i całym sobą wyprzedzony,

Napotkał naprzód dwie niewiasty same,

Uplatające dwie z chabru korony,

Jakoby wieńce z błękitnych płomieni

Gwiazd, co wytrysły nad sferę zieleni,

Ale nie weszły w złotą lub czerwoną -

A lazurowe są jak niebios łono.

 

Więc  te dziewice widząc tak skłonione

Nad lazurową robotą oczyma

Lazurowymi - wraz odgadł, że one

Jeszcze pogoda na swych skrzydłach trzyma,

I począł mówić z nimi o pogodzie

I o tym wszystkim, co jest lazurowe:

O niebie czystym, czczym, o czystej wodzie,

O płaszczu, którym Matki Boskiej głowę

Ocienia sztukmistrz, o niebieskim oku

Bez-łzawym jeszcze, o niebie, lecz niebie,

Na którym nie ma żadnego obłoku,

O myśli, myśli nie znającej siebie.

 

 

Kiedy rozmowa tak się rozpływała,

Jak z niebieskiego szkła dzban gdzieś w jeziorze

Czystym, o bardzo ciepłej roku porze,

Skoro upada modry cień na ciała:

Jedna z dwóch kobiet zmilkła, mniej rozmowna,

Więc druga słowem jej zaległa pole,

A część obojga była już nierówna

I rozwinięcie się we wspólnym kole,

I rozmowniejsza się rozpromieniła

Blaskiem pełnego słowa, jak kometa,

Tak że on czysty lazur w tło zmieniła,

Choć najmilejsza była to kobieta,

Choć obie były siostry nierozdzielne...

 

I weszła żółtość, acz żółtość promieni,

Co przecie czyste są i nieśmiertelne.

Wszelako żółtość bezwiednej zazdrości,

I przebłysł nowy kolor zieloności,

Który z lazuru i złota powstawa,

A jest pocieszny jak wiośniana trawa.

 

I tak się tęcza tkała - a te panie

I ów wędrowny Sztukmistrz nie wiedzieli,

Że się nad nimi stawa malowanie,

Gdy rozmawiali oto i siedzieli ...

 

Tylko - milcząca wciąż wiła koronę

W lazur ów oczy mając obrócone,

A rozmowniejsza pracę przerywała,

Mówiąc (co wszystko tak jest naturalne),

Aż skoro myśl jej już wybłysła cała

I rozjaśniło się tło idealne,

Chciała coś za się wziąść, i z miejsca wstała,

I mak czerwony, rosnący na boku,

Uszczknęła potem - siostrę widząc lubą,

Jak cichy błękit za blaskiem obłoku,

Wciąż zatrudnioną lazurową próbą

I wciąż milczącą... zwróciła się się do niej,

Czerwony mak jej wplatając u skroni

I pocałunek na czoło schylone

Kładąc, jak drugie kwiecie rozwinione...

 

Ten ruch, czerwona maku błyskawica

Poniesionego do skroni, te kwiaty

Chabru, te k'sobie pochylone lica 

Zniepokoiły chwilowo bławaty,

I stał się wonny powiew fijołkowy,

Który z purpury a niebios powstawa,

I powróciły na swe miejsce głowy,

Błękitniał chaber, zieleniała trawa

I mak czerwieniał, on period rozmowy!

                               I przeszło jedno życia malowanie

                               W światłości otchłań, gdzieś na chór kościoła

                               Wiecznego - i tam przylegnie na ścianie

                               Albo odleci na powrót do sioła,

                               Gdy się z rozmowy tej co więcej stanie,

                               Albo się więcej-zupełnym przesłoni,

                               Wydoskonali, wzmocni i wykona,

                               Albo się w jakie przedwstępne uroni,

                               Albo na powrót, jak zerwana strona,

                               Odpryśnie w sferę ziemi    zniepokoi

                               Sumienie jakimś dawnym przypomnieniem 

                               I ciężyć będzie, aż się nie dostroi

                               W tęczę: a ciężkość ta - życia cierpieniem!...

                Te rzeczy widząc, Sztukmistrz myślił sobie

                O kolorycie modlitw, co wciąż Lecą

                W światłości przestrzeń, i nieraz, na grobie

                Zacnym, powietrzem jakimś dziwnym świecą,

                Tak że, w sklepienia wchodząc, stąpasz ciszej,

                Jakobyś myślił, że posąg usłyszy...

 

I poszedł sobie dalej przez ulicę,

Którą sędziwe ocieniały drzewa:

Środkiem woźnica wymija woźnicę

Albo pędzący wołu chłopiec śpiewa,

Albo przesunie cwałem jeździec skory -

Stronami piesi idą pod lipami -

Wieczór - w powietrzu brzęczą mdłe komary

I osiadają między gałęziami.

 

Przy drodze żebrak siedział na kamieniu,

Z pokrzywionymi nogami - podobny

Do drzewa, które zwichnięto w korzeniu,

Tak że spaczyło się w wyród osobny,

A człowiek drzewa tego szuka w lesie

I robi z niego koło, które niesie.

 

Więc żebrakowi mówił, jako ludzie,

Co tu i owdzie przebiegają skoro,

Ci w zysku, owi dla rozrywki w nudzie,

Chcąc nie chcąc czynią dlań i udział biorą:

Pierwsi to skarbiąc, z czego grosz się dawa,

Drudzy, że radość kończąc się ustawa,

A wracający z przechadzki wesołej,

Kiedy mu lekka stopa się ocięży,

Wspomni - że oto kulawy i goły

Tam westchnie, tutaj - westchnienie spienięży...

 

Więc żebrak, słysząc to, złagodniał w duchu

I rozweselił się ku twarzom ludzi,

I widać było w spojrzeniu a ruchu,

Że znosi, nie zaś gwałtem litość budzi,

Co już przechodnie widząc, więcej tkliwi

Albo myślący głębiej o naturze,

Albo subtelniej na świecie szczęśliwi,

Nie ominęli kaleki przy murze:

I wielu do dom weselszych wróciło,

Myśląc, że chodzić i zdrowo, i miło;

I żebrak zawlókł się do domu krzywy,

Dziękując Bogu za wieczór szczęśliwy!

 

                Te rzeczy widząc, Sztukmistrz myślił sobie

                O starożytnej rzeźbie idealnej,

                Która człowieka stawia duch na grobie,

S-kompletowany śmiercią i realny -

Spokojny - biały - cichy - w kształcie onym,

Który za życia był mu zakreślonym,

Kiedy najwyżej stanął prawdą bytu

I już poczynał się mieć do przekwitu.

 

Więc o posągu myślił wszech-człowieka

I poznał, że ten śmierć musi mieć w sobie,

                               I odgadł, czym jest przydrożny kaleka,

                               I ci, co uczą się leczyć naturę,

                               Te rany gojąc, spotykając wtóre,

                               Aż litość będzie wiadomości równą

                               I wszyscy pojrzą na rzecz jedną - główną.

 

I weszedł Sztukmistrz do miasta - na poły

Przedzielonego ulicą szeroką,

Gdzie najpiękniejsze gmachy i kościoły,

Gdzie obrócone na się miasta oko

Czuwa i czyni z mnogości kryształów

Zwierciadło dziennych swoich ideałów.

 

Tej części niskie przedmieścia są cieniem,

Gdzie coraz rzadziej miasto oświecone,

Mniej silnie kamień złączony z kamieniem,

Aż wreszcie głazy tylko rozrzucone

I ciemność głuchych za miastem cmentarzy:

                Pustka - a jeśli przejść się kto pożąda,

                To składa ręce na oczach i twarzy,

                Jak gdyby mówił: "Tu się w siebie wgląda..."

 

 I widział gmachy królów - i trofea,

Które powoli mienią je w muzea -

Więzienia mściwe jakiejś inkwizycji

Poprzemieniane na biura policji,

Na rękodzielnie albo na fabryki,

Ważne - na polu nawet polityki...

 

I widział place, a w koło arkady

Ludne - i różne dokoła siedzenia -

I źródło w sztuczne zmienione kaskady,

Tak że napoju nie płacisz i cienia,

Jakobyś w Bożym spoczywał salonie,

Patrząc na twarze mężów wielkich, którzy

Pogodnie stoją po przebytej burzy.

 

                Więc  myślił Sztukmistrz o architekturze

 

 

 

Tu się rękopis urywa...

 

 

 

 

 

 

_________________________________________________________________________________

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

i wprawdzie można, wybierając tematy z innych utworów Norwida, wędrować dalej ze Sztukmistrzem, ale można też zatrzymać się w tym miejscu i...  podjąć wyzwanie Artysty. Jego głębokie przekonanie, że  "sztuka jest kościołem pracy" i powinna odbiorcę skłaniać do aktywności. Jego przypominanie, że Pan Bóg zaprosił nas do współpracy; "Czyńcie sobie ziemię poddaną"(Rdz 1,28).

 

Bo piękno na to jest by do pracy zachwycało

Praca by się zmartwychwstało...

...z taką to myślą-przewodniczką

Z pobojowiska na pobojowisko

Coraz to lżejszym ludzkość suwa krokiem,

Od-póki  w i d n o  -  znaczy także  b l i s k o,

Od-póki prędszym jest, kto z czulszym okiem,

Od-póki z człeka się wywalcza człowiek,

Z przestrzeni noga, a widzenie z powiek.

 

...widzenie...ale jakie?...

-          ARTYSTY OKIEM - podpowiada Norwid

 

...Bóg widzi wszystko - -

                                               "Jakże to być może,

By tyle brzydot zniosło oko Boże?..."

-          Chcesz poznać, jak to? w drobnym przybliżeniu,

Spojrzyj artysty okiem na ruinę,

Na pajęczyny przy słońca promieniu,

Na mierzw na polach, na garncarską glinę - -

-          Wszystko nam dał ON, nawet ślad, jak widzi Sam,...

Tak patrząc, odnajdując ŚLAD jak widzi ON, człowiek, który doczesny jest co chwila, a wieczny zawsze, może z zachwytem zawołać

Boże! - wiecznych praw Artysto,

Jak u Ciebie rządnie,

Nadzmysłowie-oczywisto,

Serdeczno-rozsądnie!

Czyńcie sobie ziemię poddaną  (Rdz 1,28) WĘDROWNI SZTUKMISTRZE

... sztuka jest mniej lub więcej dojrzałym widzeniem, w miarę jak sztukmistrz jest mniej lub więcej dojrzałym Chrześcijaninem.

A jak to będą wiedzieć nie dla zabawki, jak dziś, ale dla prawdy, to tak stanie sztuka przy progu Kościoła, obrzucając mury i kupolę jego bluszczem lekkim.

A jak sztuka tak stanie, to tak stanie wszelka praca, a jak wszelka praca tak stanie, to wszelki trud i ucisk rozraduje się z Boga mojego Jedynego...

 i   b ę d z i e   w o l n o ś ć !                               (z listu do Michaliny Dziekońskiej, 1852)

 

 

 

Odsłona Wędrowny Sztukmistrz z opracowaniem graficznym

 

 

góra strony
Do góry

| Strona Powitalna | Szukaj | Odnośniki | Kontakt | Powrót |